Frustracja, czyli rozszczepienie zaszczepialności - dlaszpitali.pl

Frustracja, czyli rozszczepienie zaszczepialności

OPM_1_21_wojtowicz_komentuje_FRUSTRACJA_CZYLI_ROZSZCZEPIENIE_ZASZCZEPIALNOSCI_MAREK_WOJTOWICZ

Nie każdy frustrat ma odwagę i chęć, by „wyjść na ulicę” lub w inny dokuczliwy sposób zaprotestować. Będą też tacy, którzy regresywnie wycofają się „w siebie” lub też zareagują bezpieczną dla polityków apatią.

Modny „na odcinku” covidowego wyszczepiania termin „frustracja” (łac. frustratio) dobrze oddaje obecny stan ducha, czyli morale narodu. Mamy ponad 200 synonimów „frustracji”, w tym takie jak: daremność, zniechęcenie, rozżalenie, rozgoryczenie. Frustracja to zbiór negatywnych emocji spowodowany niemożnością osiągnięcia założonego celu, np. zaspokojenia potrzeby zaszczepienia się. Zatroskanym „rozszczepieniem zaszczepialności” politykom zdrowotnym przypomnę, że frustracja ma też znaczenia zawstydzające kreatorów celów i trybu ich osiągnięcia, np. niemoc, nieporadność, nieumiejętność. W roku 1939 młody amerykański psycholog John Dollard w zespole z kolegami z Yale University sformułował teorię „Frustration–aggression” wskazującą na związek przyczynowy pomiędzy narastającą frustracją a zachowaniami agresywnymi, choć nie każdy ma w sobie ducha wojownika. Nie każdy frustrat ma odwagę i chęć, by „wyjść na ulicę” lub w inny dokuczliwy sposób zaprotestować. Będą też tacy, którzy regresywnie wycofają się „w siebie” lub też zareagują bezpieczną dla polityków apatią. Najwięcej o tym wiedzą psychologowie, psychoterapeuci i psychiatrzy, do których (zwłaszcza tych niesfrustrowanych) w razie przewlekłej frustracyjnej potrzeby mus udać się po poradę. Pełniąc od lat „posługę” medyczną na „powiatowo-wojewódzkich odcinkach szpitalno-poradniano-pogotowianych”, odczuwam frustrację kilkanaście razy dziennie. Na niedawnym, sobotnim dyżurze, miałem jedną z nich: stoimy nocą karetką S przed dużym szpitalem klinicznym przy jego „triażowym” kontenerku „antycovidowym”. W karetce 68-letnia pacjentka z wieloletnią chorobą płuc i kilkugodzinną rozległą odmą podskórną z powodu trudnego diagnostycznie, bo nieurazowego „przenikania powietrza z płuc pod skórę”, ale na szczęście z saturacją pod tlenem na poziomie 95-97 i uspokajającym, słyszalnym szmerem pęcherzykowym obustronnie. Mus wykonać pilnie RTG/CT i być może zdrenować jamę opłucnową, bo pewnie to powietrze z pękniętego pęcherza rozedmowego lub jakiejś innej „przetoki” pomiedzy płucem a tkankami podskórnymi. Wykonaliśmy jeszcze u niej w domu 10-minutowy test na COVID, tzw. kasetkowy. To ważne, bo gdyby był dodatni, tj. wyraźnie widoczne pod szkiełkiem „dwie czerwone kreseczki” na pasku diagnostycznym, to pojechalibyśmy tylko 20 km szybką drogą wojewódzką (i trochę „eSką”) do naszego macierzystego szpitala, który ma status „covidowy”, czyli tylko covidowych pacjentów przyjmuje. I do tego w nim dyżuruję, wiec mam jakby co tzw. „koleżeńskie wejścia”. Test wyszedł jednak ujemny, tj. pojawiła się jedna czerwona kreseczka, a to oznaczało godzinny przejazd do odległego aż o 60 km szpitala klinicznego dziurawymi „powiatówkami” o nienajlepszej jakości, ale tam, tj. w klinice, już takich mocnych wejść koleżeńskich nie miałem. W przypadku odmy odległość do szpitala i tzw. koleżeńskie wejścia robią dużą różnicę, bo każda minuta się liczy. Dojechawszy po tych 60 km w nocy pod przyszpitalno-kliniczny kontenerek, wysiadłem z karetki, podbiegłem do ściany szpitala, nacisnąlem guziczek naściennego „szpitalofonu”, powiadamiając dyżurnych „kontenerowników” o przyjeździe. Z kiepsko działającego, miniaturowego głośniczka usłyszałem, że zaraz przyjdą, tylko się „antycovidowo” ubiorą. Po 8 minutach wyszli i przeszli ze szpitala do kontenerka. Przekazałem im po drodze dokumentację i informację, że już z dyżurnym lekarzem SOR-u telefonicznie uzgodniłem przyjazd oraz przyjęcie chorej. Odczekałem kolejne 5 minut, w trakcie których koledzy-medycy-kontenerownicy wstukali w swój PC kontenerowe procedury przyjęciowe, zadzwonili do SOR-u i wyszli z kontenera, by pobrać wymaz (2 minuty) i wykonać drugi u tej pacjentki, ale za to swój własny, kliniczny, a więc chyba lepszy od naszego, choć też 10-minutowy test na COVID, tzw. kasetkowy, tego samego producenta. To było chyba dla nich ważne, bo gdyby test wyszedł dodatni, tj. byłyby wyraźnie widoczne pod szkiełkiem dwie czerwone kreseczki na pasku diagnostycznym, to musielibyśmy odjechać do wcześniej wspomnianego naszego szpitala covidowego (kolejne 40 km) nie zawracając głowy SOR-owi klinicznemu, no i czując wstyd, że nasze testowanie było niestaranne. Choć z drugiej strony mogłoby się okazać, że to ich próbka była źle pobrana. Wtedy, gdybym się uparł, to dopiero trzeci test rozstrzygnąłby te wątpliwości. Drugi test okazał się na szczęście dla pacjentki i dla nas „pogotowiarzy” równie ujemny, tj. też pojawiła się jedna czerwona kreseczka i wreszcie po 25 minutach mogliśmy podjechać pod SOR (kolejne 3 minuty) i przekazać pacjentkę po 28 minutach od przyjazdu.

Jeżeli Was sfrustrował/zirytował/zbulwersował mój zdublowany opis testowania lub jego okoliczności, to pomnóżcie to przez 1000, a poczujecie skalę mojej frustracji. Mentalnym lekiem na takie sytuacje jest wyznaczanie sobie szybko innych i całkiem z innej beczki, ale też trudnych celów… i osiągnięcie ich. Będzie w głowie satysfakcja zamiast frustracji.

Czytaj też: Szpitale „covidowe” już są – i co dalej?

Komentarze

Nasze strony wykorzystują pliki cookies. Korzystanie z naszych stron internetowych bez zmiany ustawień przeglądarki dotyczących plików cookies oznacza, że zgadzacie się Państwo na umieszczenie ich w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w Polityce prywatności.