COVID-19 – wirus weryfikujący - dlaszpitali.pl

COVID-19 – wirus weryfikujący

OPM_4_20_prawo_finanse_zarzadzanie_COVID_19_WIRUS_WERYFIKUJACY_iStock-1213011325
fot. iStock

Wydaje się, że zarówno doświadczenia własne, jak i innych krajów powinny dać asumpt do przemyśleń nad wieloma koniecznymi zmianami w rodzimym systemie opieki zdrowotnej. Jedną z nich powinno być ponowne zdefiniowanie roli i miejsca jednostek prywatnego sektora opieki medycznej na rynku usług medycznych.

Chyba dla nikogo już obecnie nie podlega wątpliwości fakt, że epidemia koronawirusa COVID-19 w sposób bezwzględny uwidoczniła słabości systemów zdrowotnych praktycznie wszystkich państw, które zostały nią dotknięte. Z ogromnymi problemami borykają się gospodarki znacznie od nas bogatsze, ale również takie, w których systemy opieki zdrowotnej funkcjonują na zasadach analogicznych lub podobnych jak u nas, opartych głównie o placówki finansowane z publicznych środków (np. Włochy, Hiszpania czy Niemcy). Trudności mają również te działające na zupełnie odmiennych fundamentach, choćby funkcjonująca praktycznie prawie całkowicie w oparciu o prywatne placówki lecznicze i środki finansowe służba zdrowia w USA. Wydaje się, że zarówno doświadczenia własne, jak i innych powinny dać asumpt do przemyśleń nad wieloma koniecznymi zmianami w rodzimym systemie opieki zdrowotnej. Jedną z nich, moim zdaniem, powinno być ponowne zredefiniowanie roli i miejsca jednostek prywatnego sektora opieki medycznej na rynku usług medycznych. Przemawiają za tym przynajmniej dwie okoliczności. Zarówno doświadczenia własne, jak i przykłady płynące z praktyki innych państw. Obie przesłanki z pewnością można uznać za kontrowersyjne, poddające się emocjonalnym ocenom i ewentualnym zarzutom o posługiwanie się nieuzasadnionymi uogólnieniami. Mimo to poddaję je pod ewentualną dyskusję. Pandemia może i powinna zweryfikować wiele dotychczas funkcjonujących założeń i rozwiązań.

Sektor prywatny a koronawirus

Prywatny sektor świadczeń medycznych jest w Polsce faktem, do istnienia którego wszyscy już zdążyli się przyzwyczaić. W normalnych warunkach jego funkcjonowanie, poza jakimiś spektakularnymi sytuacjami, nie budzi szczególnych społecznych emocji. Jest i, jak można sądzić, powinien już być trwałym elementem naszego rynku usług medycznych. Aczkolwiek, o czym warto pamiętać, nie jest to jedyny możliwy model funkcjonowania opieki zdrowotnej. W sąsiednich Czechach prywatne placówki lecznicze praktycznie nie istnieją, a blisko 80% społeczeństwa dobrze ocenia skuteczność systemu. My w zasadzie pogodziliśmy się z faktem, że sektor prywatny jest swoistym wentylem bezpieczeństwa, a w niektórych przypadkach istotnym wsparciem dla niewydolnego publicznego systemu opieki zdrowotnej. W konsekwencji, niektóre obszary świadczeń medycznych są już praktycznie wyłączone z publicznego systemu ochrony zdrowia. Dotyczy to ponad 90% POZ-tów, 80% przychodni specjalistycznych, praktycznie całej stomatologii. Już blisko 13% różnego rodzaju zabiegów chirurgicznych, np. w zakresie okulistyki, ortopedii itp., realizowanych jest w prywatnych placówkach leczniczych. Od 2013 roku systematycznie rośnie liczba osób korzystających z prywatnych polis zdrowotnych i abonamentów wykupowanych dobrowolnie. W 2013 r. było to 13% obywateli, w 2018 już ponad 18%. Obecnie już około 30% ogólnych wydatków na ochronę zdrowia pokrywanych jest nie ze środków publicznych. To tylko najbardziej spektakularne przykłady. Prywatne lecznictwo zajmowało systematycznie kolejne „nisze” opuszczane z powodów organizacyjnych lub finansowych, przez sektor publiczny. Szczególnie w tych obszarach, w których ten sobie nie radził, bądź tych najbardziej rentownych, wymagających szybkich decyzji i nakładów finansowych. Takim działaniom sprzyjała także polityka państwa. W efekcie polski system opieki zdrowotnej przypomina swoisty konglomerat publicznych i prywatnych placówek leczniczych, często ze sobą konkurujących, a nieraz od siebie zależnych i skazanych na współpracę. Tak skonstruowany układ został brutalnie skonfrontowany z rzeczywistością pandemii.

Doświadczenia, przynajmniej pierwszych tygodni zmagań z koronawirusem, zdają się wskazywać na relatywnie niezbyt intensywne zaangażowanie sektora prywatnego w walkę z tym zagrożeniem. Być może zbyt ryzykowne byłoby stwierdzenie, że właściciele niektórych z placówek uznali, że jest to głównie problem publicznej ochrony zdrowia. Zdarzały się przypadki odsyłania z prywatnych lecznic potencjalnie kłopotliwych, podejrzanych o zakażenie pacjentów, do placówek publicznych. To swoisty „dystans” do problemu zdawał się być zauważalny. Można przynajmniej spróbować wskazać niektóre powody takiego stanu rzeczy.

Wydaje się, że jednym z dość oczywistych powodów był fakt, odnoszący się zresztą do wszystkich podmiotów systemu, braku odpowiedniego przygotowania na zaistniałą sytuację. Dotąd, głównie z uwagi na koszty, ale też brak faktycznych potrzeb i wymogów, prywatne placówki nie gromadziły zapasów sprzętu medycznego, choćby masek czy odzieży ochronnej. Tymczasem, od momentu wybuchu pandemii, ceny tego typu akcesoriów wzrosły nawet o kilkaset procent.

Bardzo istotny jest także fakt, że nadal, przynajmniej po dwóch miesiącach walki z wirusem, niejasne są w pełni zasady finansowania placówek publicznych, na których spoczywa przecież główny ciężar zmagania się z zagrożeniem. Ich zarządzający podnoszą wiele wątpliwości, czy proponowane rozwiązania pokryją w pełni koszty placówek walczących z epidemią. Sektor prywatny tym bardziej obawiał się strat.

Po trzecie wreszcie, żeby wymienić te najbardziej prawdopodobne, przyczyną mogło być ograniczenie kadrowe. O ile w POZ-tach pracują w większości lekarze rodzinni, niezwiązani z publicznymi placówkami, głównie szpitalami, to w AOS-ach zatrudnieni są specjaliści, którzy umowy o pracę mieli podpisane właśnie w publicznych szpitalach. W zaistniałej sytuacji tam byli najbardziej zaabsorbowani i wykorzystywani do pracy z zagrożeniem. Do ograniczenia działalności zawodowej do jednego miejsca pracy skłaniają lekarzy także przyjmowane rozwiązania organizacyjne podejmowane przez Ministerstwo Zdrowia. Generalnie jednak powszechnie obserwowaną reakcją prywatnych placówek medycznych było zaprzestanie lub bardzo poważne ograniczenie udzielania świadczeń. Z upływem czasu, jak np. w przypadku stomatologii czy okulistyki, także przymus ekonomiczny stopniowo zmieniał to nastawienie. Wydaje się, że bez ryzyka dużego błędu można powiedzieć, że prywatne lecznice i ich właściciele starali się zachowywać, na swój sposób, racjonalnie. Minimalizowali możliwe do wystąpienia ryzyka. Problemem przy ocenie tego typu działań może być okoliczność, że to, co jest racjonalne i wytłumaczalne w normalnych warunkach funkcjonowania społeczeństwa, nie musi być tym samym, czego ono oczekuje w sytuacji walki z epidemią.

Ostatnią kwestią, którą warto w tym kontekście zasygnalizować, jest okoliczność, że z punktu widzenia kierujących systemem prywatny sektor medyczny, z uwagi choćby na swoją organizacyjną decentralizację, jest trudniejszy do zarządzania i integracji z systemem publicznym. Także w trudnych okolicznościach zagrożenia pandemicznego. Różne państwa radzą sobie z tym problemem w różny sposób. My, podobnie jak Hiszpania czy Wielka Brytania, wykorzystaliśmy rozwiązania ustawowe.

Czytaj także: Wybuch COVID-19 w Chinach wpływa na służbę zdrowia na całym świecie

Komentarze

Nasze strony wykorzystują pliki cookies. Korzystanie z naszych stron internetowych bez zmiany ustawień przeglądarki dotyczących plików cookies oznacza, że zgadzacie się Państwo na umieszczenie ich w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w Polityce prywatności.