Emocje zamiast rozumu - dlaszpitali.pl

Emocje zamiast rozumu

OPM_6_20_a_teraz_bukiel_EMOCJE_ZAMIAST_ROZUMU_KRZYSZTOF_BUKIEL

Gdyby odrzucić emocje i policzyć, ile wydano na uratowanie jednego życia Polaka teraz, w trakcie epidemii koronawirusa, a ile można by za te pieniądze uratować „żyć”, gdyby je przeznaczyć na trwały wzrost finansowania publicznego lecznictwa, to wynik byłby dla rządzących druzgocący.

Współczesna medycyna chlubi się tym, że stosuje tylko takie metody leczenia i diagnozowania, których skuteczność jest udowodniona. Nosi to nazwę EBM (ang. evidence-based medicine), czyli medycyny opartej na dowodach, i ma wymiar nie tylko etyczny (chodzi o to, aby nie stosować szarlatanerii), ale i ekonomiczny, zwłaszcza w odniesieniu do publicznych systemów opieki zdrowotnej – chodzi o to, aby nie finansować metod nieskutecznych czy nawet szkodliwych. Oceną różnych sposobów leczenia i diagnozowania, czyli tzw. technologii medycznych, zajmują się odpowiednie instytucje. W Polsce jest to Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Zadaniem takiej agencji jest nie tylko ocena, czy dana technologia jest skuteczna (bezpieczna), ale także – a może nawet przede wszystkim – na ile jest skuteczna. Bowiem obecnie, przy zaawansowanych technologiach, rzadko zdarza się, że coś jest w 100% skuteczne i przynosi zupełne wyleczenie. Najczęściej skuteczne jest tylko do pewnego stopnia i powoduje jedynie wydłużenie życia chorego o pewien okres. Agencje oceniają ten okres, wyliczając też koszt takiego ewentualnego wydłużenia życia i porównując go z innymi chorobami i innymi terapiami. Może się bowiem okazać, że jakiś sposób leczenia, chociaż przedłuża życie chorych, np. średnio o pół roku, to jednak kosztuje tak wiele, że dla publicznego płatnika jest to nie do przyjęcia, bo za te same pieniądze można skuteczniej leczyć określoną liczbę chorych na inne choroby, przedłużając im życie nie o miesiące, lecz o długie lata. I nie ma co się oburzać na takie rozumowanie, bo ilość środków publicznych przeznaczonych na ochronę zdrowia jest ograniczona i trzeba dokonywać takich wyborów, kierując się rozumem, a nie emocjami. W ten sposób powinno się kształtować tzw. koszyk świadczeń gwarantowanych, zapewniając środki przede wszystkim na terapie najskuteczniejsze i dające największe efekty w skali populacji. Inaczej może być w przypadku środków prywatnych, gdzie człowiek może wydać nawet majątek wielu pokoleń na przedłużenie swojego życia o parę tygodni – jeżeli ma taką potrzebę i takie możliwości. Trzeba tutaj dodać, że w Polsce, mimo starań wielu osób, taki racjonalny sposób wydawania pieniędzy publicznych na ochronę zdrowia nie jest stosowany. Często bowiem rządzący kierują się bardziej emocjami niż rozumem. Przykład pierwszy z brzegu: ze środków publicznych fundujemy cały szereg prostych badań, na sfinansowanie których z pewnością stać byłoby praktycznie wszystkich, a jednocześnie brakuje publicznych środków, aby zapewnić odpowiednią (i we właściwym czasie) diagnostykę i leczenie chorych np. na choroby nowotworowe, bez czego chorzy ci umierają, chociaż mogliby żyć jeszcze wiele lat. Co o tym decyduje? Właśnie emocje, bo wprowadzenie współpłacenia za niektóre świadczenia byłoby widoczne i na pewno wywołałoby wiele sprzeciwów i społecznych niepokojów (nieistotne, czy uzasadnionych, czy nie, dzisiaj już nikt na to nie patrzy). Tymczasem osoby chore na raka, które nie doczekają się w odpowiednim czasie pomocy, są niewidoczne, rozproszone, nie pokazują ich w telewizji, nie wywołują więc takich emocji.

Zupełnie podobną sytuację mamy obecnie przy okazji epidemii koronawirusa SARS-CoV-2.  Ponieważ codziennie media, za ministerstwem zdrowia, informują o liczbie zakażonych, a właściwie mających pozytywny wynik odpowiedniego badania, i zmarłych z powodu wirusa (albo – znacznie częściej – zmarłych z wirusem), to sprawa jest głośna, budzi powszechne zainteresowanie i niepokój społeczny, a zatem i wielkie emocje. W celu uspokojenia tych emocji rząd zrobi wszystko, również jeśli chodzi o wydawanie publicznych środków. Na „walkę” z epidemią, a właściwie na ograniczenie fatalnych skutków tej walki w postaci zamrożenia gospodarki, rząd wydał już z naszych wspólnych środków ponad 200 mld złotych. Jak się ocenia, 10% tej kwoty, wydane rocznie dodatkowo na ochronę zdrowia, mogłoby uratować kilkanaście tysięcy Polaków z chorobami onkologicznymi. Chodzi właśnie o tych wspomnianych przeze mnie wcześniej chorych, którzy ze względu na bardzo niskie nakłady publiczne na lecznictwo nie otrzymują o czasie odpowiedniej diagnostyki lub właściwej terapii. Argumenty, że te dodatkowe 20 mld złotych są na wagę życia kilkunastu tysięcy istnień ludzkich rocznie, nie trafiały nigdy do rządzących. Co więcej, oskarżano nas, głoszących taką tezę, o populizm i kierowanie się emocjami. Gdyby jednak emocje odrzucić i policzyć, tak jak robi to Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, ile wydano na uratowanie jednego życia Polaka teraz, w trakcie epidemii koronawirusa, a ile można by za te pieniądze uratować „żyć”, gdyby je przeznaczyć na trwały wzrost finansowania publicznego lecznictwa, to wynik byłby dla rządzących druzgocący. A gdyby policzyć jeszcze potencjalnie uratowane (lub utracone) lata życia, to byłaby to już prawdziwa „masakra” rządzących. Pamiętajmy bowiem, że na COVID-19 umierają średnio Polacy w wieku zbliżonym do przeciętnej długości życia w Polsce (tak było wg zestawienia od marca do sierpnia br.), natomiast na choroby nowotworowe zapadają chorzy w różnym wieku, także ci, którzy pożyliby jeszcze i 10, i 20 lat – gdyby byli odpowiednio potraktowani.

Czy te fakty cokolwiek rządzących nauczą? Wątpię. Emocje zawsze odgrywały większą rolę w życiu niż rozum, a w życiu społecznym, w tym również w polityce, szczególnie.

Komentarze

Nasze strony wykorzystują pliki cookies. Korzystanie z naszych stron internetowych bez zmiany ustawień przeglądarki dotyczących plików cookies oznacza, że zgadzacie się Państwo na umieszczenie ich w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w Polityce prywatności.