Sprawna komunikacja pomiędzy interesariuszami zapewni, że środki z KPO zostaną dobrze wykorzystane

Rozmowa z Rafałem Dunalem, prezesem zarządu Polskiej Izby Informatyki Medycznej.
Małgorzata Ullmann: Jakie są obecnie największe wyzwania, z którymi mierzą się dostawcy systemów informatycznych w polskiej ochronie zdrowia?
Rafał Dunal: Jeszcze pół roku temu odpowiedziałbym na to pytanie zupełnie inaczej – pewnie bardziej koncentrując się na kwestiach technicznych, wyzwaniach związanych ze zmianami prawnymi. Niestety jakiś czas temu pojawiła się nowa narracja. Mówi się coraz częściej, że świadczeniodawcy stali się zakładnikami dostawców rozwiązań informatycznych, szczególnie w kontekście projektów finansowanych z KPO. I to nie jest już tylko techniczny czy prawny problem, to zaczyna być wyzwaniem wizerunkowym.
W moim odczuciu najlepszym sposobem, by zmienić to postrzeganie dostawców, jest otwarty dialog. Próba zrozumienia oczekiwań i sytuacji drugiej strony – niezależnie, czy mówimy o dostawcach, świadczeniodawcach, płatniku czy regulatorze – to zawsze pierwszy krok w kierunku zbudowania platformy porozumienia. Dzisiaj słyszymy o eskalacji wymagań, ponadprzeciętnym wzroście cen systemów, o braku czasu, o nadmiarze obowiązków i ograniczeniach finansowych. Świadczeniodawcy mówią, że są zmuszani do wdrażania nowych rozwiązań informatycznych, z kolei instytucje centralne, jak Ministerstwo Zdrowia czy Centrum e-Zdrowia, widzą potrzebę systemowych zmian. Brakuje platformy porozumienia.
Drugim istotnym aspektem jest skala działań, jaka nas czeka. Stoimy przed kumulacją projektów, za którymi stoją ogromne środki finansowe – i to zarówno ze źródeł krajowych, jak i unijnych. Dla branży IT w ochronie zdrowia to wręcz informatyczne „tsunami” potencjalnych projektów. Ale żeby te środki skutecznie zaabsorbować, musimy być dobrze przygotowani. I nie byłoby to aż takim problemem, gdyby nie fakt, że będziemy mieli absurdalnie mało czasu na ich realizację, i to wszystkich w tym samym czasie. Opóźnienia w uruchamianiu pieniędzy z KPO, niezależnie od tego, kto za nie odpowiada, sprawiły, że działamy wszyscy pod presją czasu, jakiej jeszcze nie było.
Dlatego uważam, że tylko szybka, sprawna i prosta komunikacja pomiędzy interesariuszami, bez wzajemnych pretensji i oskarżeń, może zapewnić, że te środki zostaną dobrze wykorzystane, a to cel nas wszystkich. W przeciwnym razie stracimy je i pozostanie jedynie niesmak.
Czy uważa Pan, że obecne regulacje prawne nadążają za dynamicznym rozwojem e-zdrowia i medtechu? Jakie zmiany legislacyjne byłyby najbardziej pożądane z perspektywy branży?
Polski system prawny ma swoją specyfikę – proces legislacyjny trwa długo niezależnie od branży, jego tempo jest niewspółmierne do galopującego tempa rozwoju technologii. Ta rozbieżność szczególnie mocno uwidacznia się dziś, w dobie dynamicznego rozwoju sztucznej inteligencji i narzędzi, które jeszcze kilka lat temu wymagały wielomiesięcznej pracy zespołów programistów. W efekcie luka między regulacjami a rzeczywistością nie tylko się nie zmniejsza, lecz przeciwnie – przepisy pozostają coraz bardziej w tyle w stosunku do zmian technologicznych i do rzeczywistości, w jakiej żyjemy.
Takie są realia. Czy wiem, jak to zmienić? Nie wiem. Nie ma jednej recepty. Na pewno pomogłoby pozyskanie przez MZ ekspertów, którzy wsparliby wysiłki resortu w przygotowywaniu projektów legislacyjnych, oraz większe wsłuchiwanie się w głos praktyków. Przykładem mogą być prace nad centralną rejestracją. Latem odbyło się spotkanie w Ministerstwie Zdrowia, na którym rozmawialiśmy m.in. o pilotażu tej rejestracji dla świadczeniodawców ambulatoryjnych w obszarach kardiologii, mammografii i cytologii. I tam padły głosy, słuszne zresztą, że najpierw pilotaż powinien się zakończyć, powinny zostać zebrane wnioski, a dopiero później należy rozważać obowiązkowe wdrożenie. Tymczasem proces legislacyjny już się rozpoczął, a na zaawansowanym etapie trudno będzie cokolwiek zmienić, nawet jeśli wnioski z pilotażu będą wskazywać na taką potrzebę.
Być może jakimś rozwiązaniem byłoby też wprowadzanie mniejszych, częstszych nowelizacji, poprzedzanych wyciąganiem wniosków z poprzednich regulacji, zamiast wprowadzania wielkich fal zmian. Ewentualnie w grę wchodzi deregulacja, której osobiście jestem zwolennikiem.
W jakim kierunku powinny ewoluować systemy informatyczne dla szpitali, by skutecznie odpowiadać na potrzeby kadry medycznej, pacjentów i menedżerów placówek?
Kiedyś mówiliśmy, że starsze pokolenie lekarzy nie chce korzystać z systemów informatycznych – było przyzwyczajone do papieru, maszyny do pisania i innego sposobu pracy. Dzisiaj okazuje się, że tymi starszymi są właśnie ci, którzy 20 lat temu byli „młodą kadrą”, więc ten problem trochę się zdezaktualizował. Wyzwaniem stają się oczekiwania młodego pokolenia, które chce prostoty, intuicyjności aplikacji, na wzór tych, których na co dzień sami używają na swoich telefonach czy tabletach.
Tymczasem systemy, które funkcjonują w szpitalach, nie tylko w Polsce, ale i za granicą, to wciąż złożone, wielowarstwowe narzędzia. Zachęcam do pooglądania w sieci, jak wyglądają wiodące systemy HIS/EHR w USA, w ich przypadku również nie da się mówić o intuicyjności na pierwszy rzut oka. Ale to nie wynika ze złej woli producentów, tylko z dwóch rzeczy: z jednej strony, systemy muszą spełniać wymagania narzucane przez ustawodawcę, z drugiej – producenci nie mają dużo przestrzeni na dopracowanie UX, bo większość zasobów pochłaniają zmiany wynikające z przepisów. To swoista pułapka. Z jednej strony oczekujemy systemów łatwych w obsłudze, z drugiej – nie możemy zrezygnować z rozbudowanej funkcjonalności. Oczywiście na to wszystko nakładają się kwestie finansowania ich rozwoju, przy czym fundusze, jakie są na to przeznaczane „za wielką wodą”, są wielokrotnie wyższe niż te w Polsce czy nawet w Europie.
Zmienia się też sposób pracy z systemem, powoli odchodzi się od poszukiwania funkcji w menu aplikacji, częściej wyszukuje się je podobnie, jak to się robi w internetowych wyszukiwarkach. Do tego dochodzą rozwiązania klasy AI, które coraz częściej wspomagają pracę personelu. Niestety nie są one jeszcze doskonałe, czego oczekiwaliby od nich użytkownicy profesjonalni.
A jeśli chodzi o pacjentów – ich bezpośrednia styczność z systemami działającymi w placówkach jest nadal ograniczona, w praktyce widzą głównie ich produkty, czyli przede wszystkim wytwarzaną przez nie dokumentację, niezależnie od jej formy. Oczywiście korzystają też z portali pacjenta lub aplikacji typu IKP czy mojeIKP. W przeważającej części klasyczna informatyzacja placówki medycznej w niewielkim stopniu wpływa na komfort pacjenta, ten w znacznie większej części zależy od rozwiązań na szczeblu krajowym, np. e-recepty, e-skierowania.
Jak ocenia Pan rolę rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji, np. w diagnostyce obrazowej, w polskich szpitalach?
Najczęstsze zastosowania AI to obecnie radiologia, dermatologia i histopatologia. Sam jestem zawodowo związany z firmą, która działa w obszarze nowoczesnych rozwiązań informatycznych dla radiologii, w tym AI.
Czytaj także: Michał Dybowski: priorytetem jest dla nas wdrażanie odporności cyfrowej
Komentarze
Strefa wiedzy
701 praktycznych artykułów - 324 ekspertów - 16 kategorii tematycznych




