ALARA

Stosowany początkowo tylko w miejscach promieniowania jonizującego algorytm ALARA stopniowo stał się istotną zasadą ostrożnościową w wielu innych dziedzinach pracy.
Ministerstwo RPiPS uruchomiło w wakacje (?!), tj. 14 sierpnia br., pilotażowy projekt rocznego dofinansowania pracodawcom publicznym i prywatnym skróconego 4-dniowego tygodnia pracy (bez obniżenia płacy) dla ich co najmniej 50% pracowników w okresie 1.01-31.12.2026 r. Termin składania wniosków ustalono do 15 września br. Rozstrzygnięcie naboru wniosków i publikację zakwalifikowanych do pilotażu pracodawców zaplanowano do 15 października br., a po przygotowaniu i podpisaniu umów (do 31 grudnia br.) nastąpi wdrożenie projektu.
Specyfika naszego polskiego piekiełka mentalnego niewątpliwie spowoduje frustrację pracowników, którzy nie „załapią się” na cotygodniowy „wydłużony weekend” (52 tyg. x 8 h) lub, inaczej mówiąc, równoważnik dwóch dodatkowych 26-dniowych urlopów i będą uważnie mierzyć efektywność pracy „czterodniowców”. To da okazję do ciekawych analiz socjologicznych i oceny atmosfery pracy w takiej podzielonej społeczności „wybrańców” i „frustratów”. Miałem już okazję zaobserwować poirytowanie pełnoetatowców w trakcie pandemii covidowej z powodu realizowania części etatów w formie telepracy. Jest nadzieja, że po sukcesie okresu pilotażowego wszyscy staniemy się któregoś roku „czterodniowcami”. Jak na razie średniotygodniowy czas pracy w krajach EU wynosi 36,1 h, z najkrótszą roboczotygodniówką w Niderlandach (32,2), Austrii (33,6) i Niemczech (34), a najdłuższą w Grecji (39,8), Rumunii (39,5), Polsce (39,3) i Bułgarii (39).
Gdyby jeszcze żył zasłużony amerykański socjolog, prof. Ray Oldenburg (1932-2022), to ucieszyłby go ten trend skracania czasu pracy zgodny z jego teorią o korzyściach społecznych tzw. trzeciego dobrego miejsca. Wskazał on w swojej przełomowej książce The Great Good Place (1989, NY), że obok dwóch tradycyjnych, obowiązkowych miejsc życia: rodziny i pracy, trzeba bardzo doceniać istnienie i jakość trzeciego, pozarodzinnego i pozazawodowego, koniecznie regularnie odwiedzanego przez „człowieków” relaksacyjnego miejsca o kapitalnym znaczeniu dla dobrostanu psychofizycznego i integracji lokalnych społeczności. Każda społeczność wypracowuje własne tradycje w tym temacie. Z mojej bezinternetowej młodości zapamiętałem małomiasteczkowe ławeczki we wschodniej Polsce (coś jak w Ranczu, tyle że bez alkoholu), ustawione przed domami przy ulicy, na których zasiadało się wieczorem po intensywnym dniu pracy i dyskutowało się o wszystkim, a przechodzący co rusz sąsiedzi, znajomi przystawali na pogawędkę, roznosząc wieści i ploteczki. A w czasach studenckich takim miejscem był dla mnie klub żeglarski: w zimie spotkania dyskusyjne z przyjaciółmi-żeglarzami, remonty klubowych jachtów w wynajętej stodole, a w lecie wyprawy na wodę. W Irlandii są to np. lokalne puby (ostatnio padają i już 20% zamknęli), a w innych krajach są to skwery, kluby, „siłki”, centra fitnessowe, kawiarnie, rzadziej już świetlice, biblioteki itp. Im więcej będziemy mieli wolnego czasu, tym łatwiej i częściej będzie można korzystać z tego typu relaksu, tworząc i utrwalając więzi społeczne… o ile nie pochłonie nas wirtualny świat mediów społecznościowych.
Tworzenie dodatkowej, swobodnej przestrzeni życiowej aktywności bez rodzinnych obowiązków i rozkazów/poleceń pracodawców ma też głęboki sens prozdrowotny zapobiegający wypaleniu zawodowemu, podupadaniu na zdrowiu z powodu narażenia w pracy na szkodliwe czynniki promieniotwórcze, wirusowe, elektromagnetyczne i inne tego typu. Wymyślono nawet przy okazji rozwoju medycyny jądrowej (1974 r.) specjalny algorytm postępowania i organizacji pracy chroniący przez skutkami takich zagrożeń i nazwano go w skrócie ALARA (as low as reasonably achievable), czyli dążenie, aby dane zagrożenie było „tak niskie, jak to jest realnie możliwe do osiągnięcia”. Stosowany początkowo tylko w miejscach promieniowania jonizującego algorytm ALARA stopniowo stał się istotną zasadą ostrożnościową w wielu innych dziedzinach pracy. Ostatnio coraz więcej jest dyskusji o zagrożeniach PEM, tj. wszechobecnym polem elektromagnetycznym generowanym przez sieci komórkowe, mikrofalówki, generatory wiatrowe itp., a za chwilę ktoś ruszy kolejny temat zagrożenia jazdą „elektrykiem” w „oparach” jego pola magnetycznego. Szukając rzeczywistych danych na temat skali tych zagrożeń, natrafiałem najczęściej na sformułowanie „uczeni nie są zgodni w tym temacie”. Dobrze, że chociaż w temacie zalet skracania czasu pracy uczeni są zgodni, a przykład Niderlandów jest tu namacalnym dowodem słuszności tego trendu.
A może nowa ministra zdrowia mogłaby przy tej okazji „pilotażowo” skrócić chociaż o 5 minut czas pracy w służbie zdrowia, do 7 h 30 min w miejsce obecnej normy ustawowej 7h 35 min? Te pięć minut jest koszmarem dla wszystkich szpitalników układających grafiki pracy/dyżurów lub rozliczających wykonanie miesięcznego czasu pracy. Kontraktowcy wystawiający faktury muszą te 5 minut przeliczać na ułamki do czwartego miejsca po przecinku. Programy kadrowo-rozliczeniowe nie „rozumieją”, co to znaczy zaokrąglenie i mus jest napisać w fakturze, że pracowało się np. 60,3333 godziny. Codziennym problemem rozliczeń czasu pracy 7,35 w systemie zmianowym tzw. dwunastkowym jest z kolei niemożność wypracowania miesięcznej normy etatowej, która w naszym sektorze zdrowotnym oznacza iloczyn dni roboczych w miesiącu (w każdym o innej liczbie) x 7 godzin 35 minut i nigdy nie udaje się tego wpasować godzinowo w system złożony z 12-godzinnych zmian. To skrócenie byłoby oddaniem nam, medykom, „dziejowej” sprawiedliwości, ponieważ do roku 1974 mieliśmy w służbie zdrowia 7-godzinną dniówkę pracy (z racji szczególnych zagrożeń epidemiologicznych), niestety sztucznie wydłużoną ministerialnymi dyrektywami (bez żadnej ustawowej podstawy) o 35 minut tytułem odpracowywania wolnych sobót, czyli wdrażania 5-dniowego tygodnia pracy. Inni pracowali po 8 godzin dziennie i nie można im było nakazać tego sztucznego „odpracowywania”, ale nam dołożono te pół godziny „z ogonkiem” wbrew obowiązującej już wówczas regule ALARA. A od 1 stycznia 1999 r. wpisano nagle tenże nieformalnie powstały po roku 1974 czas pracy 7,35 do ówczesnej ustawy o ZOZ-ach, by w roku 2011 przekleić go do obecnie obowiązującej ustawy o działalności leczniczej. Tak, tak… taki jestem pamiętliwy.
Marek Wójtowicz
Czytaj także: Bandwagon effect, czyli owczy pęd
Komentarze
Strefa wiedzy
699 praktycznych artykułów - 324 ekspertów - 16 kategorii tematycznych


