Janusz Andres: Oddziały Anestezjologii i Intensywnej Terapii - Strona 2 z 2 - dlaszpitali.pl

Oddziały Anestezjologii i Intensywnej Terapii w dobie pandemii COVID-19

Jak wygląda sytuacja pacjentów, którzy potrzebują intensywnej terapii z przyczyn innych niż ostre zapalenie płuc powodowane SARS-CoV-2? Czy taka dwutorowość w działaniu jest możliwa w panującym systemie?

W sytuacji pandemii COVID-19, która w naszym kraju rozwinęła się na przełomie marca i kwietnia, cała uwaga była skierowana na organizację tzw. szpitali jednoimiennych dedykowanych dla chorych z COVID-19. Jednocześnie pozostałe szpitale wykonywały planowane funkcje w bardzo ograniczonym zakresie lub praktycznie je zawieszały, za wyjątkiem oddziałów intensywnej terapii, które w tym czasie funkcjonowały i nadal funkcjonują zgodnie z przeznaczeniem, czyli leczeniem chorych w bezpośrednim zagrożeniu życia. Niestety, poza danymi na temat chorych na COVID-19 nie posiadamy bieżących rejestrów przyjęć do Oddziałów Anestezjologii i Intensywnej Terapii, a tylko taka ciągła analiza dałaby odpowiedni wgląd w ogólną sytuację. Jak dotychczas w żadnym okresie pandemii nie groziła nam, i mam nadzieję, że nadal nie zagrozi, niewydolność intensywnej terapii, i pomimo ogólnego wzrostu zachorowań na COVID-19 w ostatnich dniach, liczba hospitalizowanych w oddziałach anestezjologii i intensywnej terapii z powodu COVID-19 pozostaje, według mojej wiedzy, na stałym, niezwiększającym się poziomie.

Niestety na stałym poziomie pozostaje także liczba zgonów z powodu COVID-19. Nie traktowałbym tych doniesień jako wskaźników stabilności sytuacji. Niewiele z tzw. jednoimiennych szpitali w Polsce posiada na tyle nowoczesną strukturę, która umożliwiałaby dwutorowość działania – to znaczy podział intensywnej terapii na strefy zakażone i wolne od zakażenia oraz równoległe leczenie pacjentów z COVID-19 i bez zakażenia. Do tych nielicznych należy nowa siedziba Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, gdzie już rozpoczął się proces tzw. „odmrażania”, czyli powrotu do normalnej działalności leczniczej, jak z okresu sprzed pandemii. Jednocześnie możliwe jest elastyczne dopasowywanie wielkości strefy zakażonej i wolnej od zakażenia w zależności od rozwoju sytuacji. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że zawieszenie, czyli tzw. „zamrożenie” wszelkiej działalności, w tym leczniczej, na okres pandemii, oprócz skutków ekonomicznych wynikających z lockdownu spowoduje istotny uszczerbek dla sytuacji zdrowotnej całego społeczeństwa, o czym z pewnością przekonamy się niebawem.

Jakie środki ochronne są niezbędne, by zapewnić bezpieczeństwo personelu i pacjentów? W jakim stopniu szpitale posiadają tego rodzaju wyposażenie?

Środki ochrony osobistej stały się nieodłącznym elementem pandemii koronawirusa. Należą do nich: maski chroniące usta i nos, ekstremalna higiena osobista, w tym szczególnie częste mycie rąk i zachowanie dystansu osobistego. O tym powinniśmy wszyscy pamiętać zawsze i przede wszystkim zanim skupimy się na bardziej zaawansowanym sprzęcie dla personelu medycznego mogącego mieć bezpośredni i długotrwały kontakt z wirusem roznoszonym poprzez drogę kropelkową lub zawiesinę w powietrzu, szczególnie przy wykonywaniu procedur terapeutycznych generujących aerozol, np. działaniu na drogach oddechowych pacjenta – podstawowej czynności leczniczej anestezjologa. O ile w celu zabezpieczenia przed zakażeniem drogą kropelkową wystarczą z reguły standardowa maska chirurgiczna, rękawiczki i okulary ochronne, o tyle ochrona przez zakażeniem wirusem zawieszonym w powietrzu musi polegać na zastosowaniu − po wcześniejszym przećwiczeniu ich użycia − bardziej zaawansowanego sprzętu ochronnego: szczelnego fartucha i kilku warstw rękawiczek, odpowiedniej jakości filtracyjnych masek oraz ochrony twarzy i oczu zgodnie z przyjętymi standardami, uwzględniając procedury zakładania, zdejmowania i utylizacji sprzętu. Pomimo początkowych kłopotów z zaopatrzeniem w ten specjalistyczny sprzęt, aktualnie jest on dostępny. Powszechnym problemem pozostaje na pewno odpowiednio efektywna wymiana powietrza w salach operacyjnych czy salach intensywnej terapii, dostępność pomieszczeń z ujemnym ciśnieniem oraz odkażanie. Oficjalne dane nie wskazują na wzrost zakażeń wśród personelu medycznego w Polsce, ale trzeba przyznać, że każdy pojedynczy przypadek zakażenia pracownika ochrony zdrowia, który oczywiście może się zdarzyć, jest w jakimś sensie porażką systemu bezpieczeństwa na tym etapie pandemii.

Jakie technologie i leki wspomagają walkę z COVID-19? Czy wirus wymusza zastosowanie innowacyjnych rozwiązań w intensywnej terapii?

To jest bardzo ciekawy, ale też bardzo obszerny temat. Pandemia przede wszystkim spowodowała powszechność stosowania pulsoksymetrii w celu monitorowania utlenowania pacjenta, często jeszcze przed przyjęciem do szpitala. Zaobserwowano niespotykany wzrost zainteresowania teorią i praktyką stosowania wspomaganej i sztucznej wentylacji, z anegdotycznym wprost wykorzystywaniem jednego respiratora dla kilku pacjentów do krótkotrwałej wentylacji pooperacyjnej, co oczywiście może być rozwiązaniem w krytycznym niedoborze respiratorów. Unikalny i zagadkowy przebieg kliniczny niewydolności oddechowej w COVID-19 sprawił, że na naszych oczach zmieniały się koncepcje jej leczenia od wczesnej intubacji po unikanie intubacji, aż po „ultraprotekcyjną” czy pozaustrojową wentylację. Doświadczenia zebrane z całego świata z pewnością przyczynią się do dalszego postępu w leczeniu ostrej niewydolności oddechowej z wielkim udziałem nowych technologii, w tym sztucznej inteligencji, na wielu etapach leczenia − i w tym sensie, jak Pani mówi, „wirus wymusza stosowanie innowacyjnych rozwiązań w intensywnej terapii”. Jeszcze większą zagadką w tej chorobie jest farmakoterapia. Niestety na tym polu w ostatnich miesiącach byliśmy świadkami serii „tworzenia i obalania mitów”, które dotyczyły dość długiej listy różnych substancji, w tym powszechnie już stosowanych, które jakoby leczyły bądź predysponowały do zakażenia koronawirusem. Nie mamy jeszcze skutecznego leku, który leczyłby COVID-19 przyczynowo. Wydaje się również, że mogą być kłopoty z szybkim uzyskaniem wystarczająco skutecznej szczepionki. Obawiam się, że będziemy musieli przez dłuższy czas nauczyć się żyć i funkcjonować z tym wirusem. Co do bardziej szczegółowych rozważań, odsyłam Państwa do strony internetowej www.anest.eu, gdzie w Aktualnościach z frontu walki z COVID-19 zamieszczamy ciekawe artykuły, a także raporty na temat pandemii uzyskane od kolegów anestezjologów pracujących za zagranicą.

Jak w dobie epidemii wygląda praca anestezjologa? Czy stan współczesnej anestezjologii jest wystarczający, czy też koronawirus obnażył jej braki?

Od wielu lat braki anestezjologów na świecie są jednym z podstawowych problemów Światowej Organizacji Anestezjologów. Inaczej jest w Europie, gdzie ta liczba jest wystarczająca „na czas pokoju”, a pandemia jedynie wzmogła zapotrzebowanie, ale wykazała jednocześnie podstawową rolę anestezjologów w organizacji, transformacji, edukacji i dostosowaniu systemu ochrony zdrowia do leczenia najciężej chorych z COVID-19. Wszyscy w Europie okresowo narzekamy na brak chętnych do podejmowania specjalizacji z anestezjologii i intensywnej terapii. Realne osiągnięcia i poświęcenie anestezjologów w pracy w czasie pandemii wykazały, że sprawdzamy się w roli liderów w sytuacjach krytycznych. Znajduje to odzwierciedlenie w oficjalnym piśmie władz European Board of Anaesthesiology – także do wglądu na stronie www.anest.eu.

W jaki sposób koronawirus wpłynie na intensywną terapię w dłuższej perspektywie? Czy będzie to impuls do niezbędnych zmian, czy też postrzega go Pan jako zagrożenie dla jej funkcjonowania?

Widzę, że najciekawsze pytanie zatrzymała pani na koniec wywiadu. Tak, pani redaktor, obecna sytuacja bez wątpienia wpłynie na dalszy rozwój anestezjologii i intensywnej terapii, szkoda tylko, że kosztem tylu ofiar w skali światowej.

Z osobistej i długiej już perspektywy zawodowej – a pracuję jako lekarz już 40 lat – obecna, niespotykana w tym stuleciu pandemia nakazuje nawiązać do historii powstania intensywnej terapii w Europie, która nie może być zapomniana.

W 1952 roku w Kopenhadze wybuchła epidemia polio, z ok. 300 przypadkami niewydolności oddechowej w tygodniu i śmiertelnością ponad 90%. Wśród chorych była 12-letnia dziewczynka o imieniu Vivi z gorączką i skrajnie ciężką dusznością. Według dokumentów archiwum w Kopenhadze w gronie wizytujących ją lekarzy był dr B. Ibsen, anestezjolog, który, widząc duszącą się dziewczynę, wykonał tracheotomię po podaniu tiopentalu – pozostali lekarze opuścili pokój – i rozpoczął ręczną sztuczną wentylację. Dziewczynka przeżyła. Dr Ibsem następnie zorganizował 1500 studentów, którzy prowadzili ręczną wentylację przez 286 dni bez przerwy, istotnie obniżając śmiertelność pacjentów z ostrą niewydolnością oddechową z powodu polio, dając początek intensywnej terapii w Europie. Historia ta podkreśla nierozerwalny związek anestezjologii i intensywnej terapii, który daje nadzieję na właściwe przygotowanie i skuteczne działania w z reguły trudnych do przewidzenia katastrofach zdrowotnych, takich jak epidemia polio czy COVID-19. Podsumowując, pani rektor – nie widzę zagrożenia dla funkcjonowania intensywnej terapii w przyszłości, a wprost przeciwnie, czeka ją światowy dynamiczny rozwój – jednocześnie zachęcam wszystkich lekarzy stażystów do podejmowania specjalizacji z anestezjologii i intensywnej terapii oraz wstępowania do Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii, które w ubiegłym roku obchodziło 60-lecie istnienia i dodam, że w roku przyszłym od 29 sierpnia do 1 września odbędzie się w Krakowie Jubileuszowy XX Międzynarodowy Zjazd PTAiIT.

Komentarze

Nasze strony wykorzystują pliki cookies. Korzystanie z naszych stron internetowych bez zmiany ustawień przeglądarki dotyczących plików cookies oznacza, że zgadzacie się Państwo na umieszczenie ich w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w Polityce prywatności.